wtorek, 23 lutego 2016

Śniadanie w Krakowie HALAGARDA


Dawno nie było cyklu śniadaniowego, najwyższy czas to zmienić.
Na śniadanie w Halagardzie zdecydowałam się dwa razy. Właściwe było to śniadanie z Halagardy, bo stoliczki, które znajdują się we wnętrzu piekarni nie zachęcają do pozostania w niej.


Podczas pierwszego podejścia do domu zabrałam śliwkowego strudla. To była pomyłka. Strudel był mały, drogi jak na tego rozmiaru wypiek i po prostu nie smaczny, bo kwaśny. Do tego okropnie się kruszył podczas jedzenia i połowa ciasta wylądowała ponownie na talerzu.


Dałam Halagardzie drugą szansę, było lepiej, ale w dalszym ciągu nie jestem zadowolona. Co prawda croissant z nadzieniem brzoskwiniowym był naprawdę pyszny, nadzienie słodkie, a ciasto idealnie maślane i wszystkie jego pięknie układające się warstwy odpowiednio wypieczone, ale ciągle za mały. Za tak mikroskopijnego rogalika cena 1, 70 zł to rozbój w biały dzień. 


W Halagardzie mamy do wyboru całą masę różnych zachęcająco wyglądających wypieków i ciast, również na ciepło. Niestety z tego, co widzę, wszystkie mają tą samą wadę: mały rozmiar a cena duża.




Podsumowując, jeśli nie lubicie przepłacać, a lubicie się najeść nie polecam Wam tego miejsca.
Ogólna ocena: 2/10.









poniedziałek, 15 lutego 2016

NOWA PROWINCJA


Muszę przyznać, że nie rozumiem fenomenu tego miejsca. Jest bardzo popularne i prawie zawsze wieczorami pęka w szwach. Nie wiem, dlaczego, bo właściwie ta kawiarnia nie ma do zaoferowania nic specjalnego.




Nowa Prowincja jest bardzo duża i ma parę sal w tym antresole.
W pierwszej części lokalu widzimy skład starych mebli, każde
z innej parafii, które wyglądają jakby czekały w kolejce do pracowni konserwacji drewna lub ewentualnie w kotłowni do spalenia.W sumie sama nie wiem gdzie nadawałyby się bardziej. Nie mam nic do staroci, ale lubię, gdy są ładne i tworzą całość. Zamierzony bałagan też jest spoko, ale tu jest po prostu nieład i nie koniecznie tak miało być. 
 


Moi czytelnicy wiedzą, że uwielbiam antresole. Tej jednak nie. To katastrofa, pomijając nawet kolejne brzydkie meble. Ściany całe są w napisach, najróżniejszych bazgrołach w tym obraźliwych
i niecenzuralnych. Wygląda to strasznie niechlujnie, jak
w gimnazjalnej toalecie. Rozumiem pomysł "kliencie zostaw po sobie ślad: podpisz się, narysuj coś", ale nie w ten sposób. Przyda się do tego jakaś tablica i personel, który będzie na bieżąco usuwał wszelkie obleśne rysunki i tym podobne.
 




Do tego samotny, popsuty zegar wiszący na ścianie potęguje okropne wrażenie, jakie robią popisane ściany. Jestem pewna, że zegarowa kukułka zakończyła swój żywot, bo zobaczyła, w jakim otoczeniu przyszło jej mieszkać na starość.


Druga część lokalu to tak zwana Winiarnia. Tam jest już nieco lepiej, choć w dalszym ciągu napchane starociami bez ładu i składu. Ale jest jakoś przytulniej i nie ma pobrudzonych ścian, więc nie przypomina mordowni. 


Myślę, że po pierwsze powinni zainwestować w malowanie ścian, po drugie ujednolicić wystrój, wybrać jakiś motyw przewodni. Sugerowałabym styl kolonialny, który ładnie sprawdziłby się w tym wnętrzu. Mogliby tez pójść najprostszą drogą i odrestaurować meble.


Jednym z nielicznych plusów Nowej Prowincji jest miły personel. Jednak nawet bycie miłym nie pomaga, jeśli podaje się klientom herbatę nie dość, że  w kubku (?!) to jeszcze wyszczerbionym (!!). Na szczęście sytuacje uratowało wtedy pyszne ciasto cytrynowe na kruchym cieście, nie za kruchym gdyż się rozpadało. Słodka beza
u góry równoważyła smak kwaskowatego, delikatnego cytrynowego kremu, który rozpływał się w ustach.


I znowu Winiarnia wygrywa z dolną częścią. Tam w czajniczku dostałam sypaną, pyszną poziomkową herbatę, a nie zwykłą torebkową, która mogę kupić w Tesco. 



Wielokrotnie słyszałam opinie, że w Nowej Prowincji mają pyszną gorącą czekoladę. Nie prawda. Jest gęsta, gorzka i paskudna. 


Podsumowując po prostu tam nie idźcie, a jeśli już koniecznie chcecie to tylko do tej drugiej części.
Ogólna ocena 3/10 (i tak dużo).


















piątek, 12 lutego 2016

CZTERY PORY ROKU


Musze przyznać, że gdyby nie wygrana 20 zł w konkursie All In Card w życiu nie pojechałabym, aż na Ruczaj do tej kawiarni. Zdecydowanie nie żałuje tej wyprawy bo zjadłam największego naleśnika na świecie.


 Ja zamówiłam naleśnik z serkiem i syropem owocowym oraz herbatę z rumem. Naleśnik jak widać naprawdę mega duży, ciasto było dosyć grube i ogólnie połączenie serka i sosu brzoskwiniowego mi smakowało, ale pod koniec posiłku całość stała się muląca
i ciężko byłoby to zjeść do końca bez popijania. Jednak piłam lepsze herbaty z rumem. Sugerowałabym dodać do tej herbaty więcej owoców: cytrynę, limonkę, jabłko, pomarańczę. A do naleśników coś co przełamałoby te trzy smaki jak na przykład czekoladę. Mój chłopak zamówił naleśnika z brzoskwiniami i bitą śmietaną i to połączenie choć klasyczne  okazało się dużo lepsze. Jego wybór co do herbaty również okazał się lepszy- z wiśniówką
i pomarańczą smakuje doskonale. 



Ceny w Czterech Porach Roku są raczej wysokie. Nasz bon 20 zł starczył na zapłacenie za herbaty. Za naleśniki wyszło 24 zł.


Lokal zasługuje na pochwałę ze względu na wystrój. Bardzo ładne wnętrza, dopasowane do nazwy i profilu kawiarni. Przyjemne kolory ziemi, połączenia różnych faktur i wzorów sprawiają, że
w środku jest na prawdę ciekawie i elegancko. Miło się tam spędza czas, chociaż, pani kelnerka mogłaby być bardziej zaangażowana
w swoja pracę i podchodzić do stolików przy których usiedli klienci, a tych nie ma tam wielu, więc się kobieta nie napracuje. 


Podsumowując: Jeśli mieszkacie w pobliżu wybierzcie się tam na randkę, ale jedyne co mogę polecić to herbata z wiśniówka
i pomarańczą.
Ogólna ocena 7/10.











poniedziałek, 1 lutego 2016

HELLADA


 Tak bardzo tęsknie za greckimi przysmakami, że wizyta w tej restauracji mocno mnie uszczęśliwiła przywołując wspomnienia
z Korfu
.


Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona wszystkim, co mnie spotkało w Helladzie. Po pierwsze i najważniejsze jedzenie. Wyborne! Souvlaki niczym nie ustępowały w smaku tym w Ipsos, dobrze przypieczone i odpowiednio doprawione. Podane z frytkami, świeżym sosem tsatsiki i chlebkiem pita tworzyły  bardzo sycącą porcje. Co do ryby w sosie, to pikantny sos smakował dokładnie tak samo i miał identyczną konsystencje jak ten, który jedliśmy
w tawernie w Paleokastritsa.


No cena niestety równie duża jak porcje. Za dwa obiady, herbatę
i tonik zapłaciliśmy aż 72 zł. No ale ten smak ciepłej Grecji zrekompensował mi wydatek.


Pozytywne wrażenie wywarł na mnie również wystrój. Spodziewałam się kiczowatych ścian w chmurki z muskularnym Zeusem i innymi greckimi bóstwami. A tutaj nic z tych rzeczy. Kolorystyka niebiesko- biała nawiązująca do greckiej flagi. Butelki po winie na ładnym regaliku, wygodne poduchy, nie nachalny motyw żaglówek i akwaria z rybkami (akwaria należałoby wyczyścić). Wszystko to stworzyło bardzo spójna całość z nutą elegancji. Z przyjemnością zjadamy tam posiłek. Miejsca dla nikogo na pewno nie zabraknie. Obsługa również zasługuje na pochwałę.




Podsumowując koniecznie wybierzcie się na wielki grecki obiad do Hellady.
Ogólna ocena 9/10.