poniedziałek, 30 listopada 2015

POLAKOWSCY


Kolejny lokal z wieloletnimi tradycjami na blogu. Można tam zjeść moim zdaniem najlepsze i największe frytki w Krakowie. Do wyboru mamy dania z karty oraz gotowe dania przyrządzane każdego dnia. Na zdjęciu jedno z takich dań dnia: kurczak
z pieczarkami i z frytkami kosztował około 20 zł, ale nie zachwycał smakiem, mięso było po prostu przeciętne.



Oprócz ogromnych frytek mają tez równie ogromne kotlety oraz pyszny i tani kompot. W lokalu obowiązuje samoobsługa,
a personel jest względnie miło nastawiony do klientów 
i ubrany
w specjalne uniformy z kapeluszem. Właśnie z racji braku kelnerów, który odbiorą zamówienie, przyniosą danie oraz rachunek ceny powinny zostać obniżone.


Wszystkie dekoracje, talerze a nawet meble kojarzą się z wystrojem babcinej kuchni i trzeba przyznać, że w lokalu typu bar samoobsługowy ma to swój urok i w jakiś dziwny sposób nawet się broni. Tylko, po co znowu to niebo na suficie?! Przecież to istny kicz, przy którym nawet sztuczne przetwory i zastawa w kwiatki jest szczytem elegancji.


Hmmm i wszystko fajnie tylko, że Polakowscy zarówno pod względem menu, systemu wydawania posiłków, wystroju i ubioru obsługi są prawie identyczne jak w Polskich Smakach tutajAlbo to Polskie Smaki przypominają Polakowskich. Tak czy inaczej nie rozumiem, dlaczego restauracje wyglądają i funkcjonują tak podobnie, a mają inne nazwy.
Podsumowując, jeśli macie ochotę i apetyt na naprawdę ogromnego kotleta i frytki to koniecznie idźcie do Polakowskich. 
Ogólna ocena 6/10.







niedziela, 22 listopada 2015

Śniadanie w Krakowie PIEKARNIA BINKOWSCY


Dawno nie było nic z cyklu krakowskich śniadań, więc najwyższy czas do nich wrócić. Ta piekarnia to zdecydowanie najczęściej wybierane przeze mnie miejsce na zakup śniadania. Zakup, ponieważ w środku nie ma miejsca, aby usiąść i zjeść. Byłby to dla mnie ogromny minus gdyby nie fakt, że mieszkam zaraz obok
i zakupione tam specjały (w dość niskich cenach) konsumuje
w mieszkaniu. W kwestii minusów to niestety nie mamy możliwość płatności kartą, a panie sprzedające nie zawsze są w stanie wydać nam resztę.


Piekarnia działa od wielu lat i trzeba przyznać, że ich wyroby są naprawdę dobre. Wybór, co prawda nie wielki, ale ja zawszę znajdę coś dla siebie. Gorąco polecam bułkę maślaną w kształcie rogalika (60 gr.). Idealnie chrupiąca i delikatna skórka oraz miękkie wnętrze sprawiają, że jest dla mnie doskonałym śniadaniowym pieczywem. 


Dorównuje jej obwarzanek (80 gr.), z najlepszą na świecie słodka kruszonką.





Zdecydowanie najrzadziej wybieram klasyczne propozycje jak grahamki czy bułki z białego pieczywa. Są dobre, ale nie wyróżnia je nic nadzwyczajnego.


Piekarnia oferuje również słodkie drożdżówki i inne kaloryczne pyszności. Uwielbiam ich rogaliki z marmoladą lub z czekoladą. Spróbowałam również koperty francuskiej z serem, ale jak na mój śniadaniowy apetyt jest za mała.


Dużo bardziej smakuje mi kultowa okrągła drożdżówka z serem (1,50 zł), a właściwie mają tam najlepszą, jaką jadłam i do tego jest dość sycąca. 


Podsumowując, przechodząc obok piekarni Binkowscy warto zaopatrzyć się tak w pierwsze lub drugie (albo obydwa) śniadanie.
Ogólna ocena 7/10.

Przy śniadaniu uwielbiam czytać. Widoczna na zdjęciu książka to "Portret Doriana Graya" napisana przez jednego z moich ulubionych autorów, czyli Oscara Wildea. Powieść opowiada
o niezwykłej urody młodzieńcu, który się nie starzeje. Oznaki upływu czasu widać natomiast na jego portrecie, namalowanym dla niego przez przyjaciela- Bazylego. Młody Dorian ulega wpływom swojego znajome
go, dekadenckiego, zblazowanego, znudzonego życiem lorda Henryk. Z niewinnego przystojnego chłopaka staje się egoistycznym hedonistą i manipulantem niezważającym na uczucia, które wzbudza w swoim przyjacielu ani w pięknej aktorce. Bawi się kosztem życia innych i bezustannie pozostaje młody i piękny, tylko portret zdradza, co tak naprawdę dzieje się z jednym z moich ulubionych bohaterów literackich, jakich miałam okazje poznać. Powieść jest owiana aurą tajemnicy oraz niedopowiedzeń
i domysłów.
Jest również kopalnią genialnych cytatów. 








poniedziałek, 16 listopada 2015

SYCYLIA


Z racji miłości do filmu "Ojciec Chrzestny" moim wielkim marzeniem jest pojechać na Sycylię. Dlatego lgnę do wszystkiego, co kojarzy się z tym miejscem oraz z rodziną Corleone. Nie mogłam, więc przejść obojętnie obok tej restauracji i to nie tylko, dlatego, że tam były jedyne wolne miejsca i przystępne ceny zachęcające z menu widniejącego na zewnątrz. No i tak samo miły jak reszta obsługi promotor pokazujący miejsce w lokalu.


Ten długi korytarz prowadzi z ulicy Floriańskiej na zadaszony całoroczny ogródek pizzerii. Wystrój jest poprawny. Parę typowo włoskich akcentów jak fototapeta z uprawą wina, czy wazony dopełniają wnętrze. Kolory są dobrze dobrane, a całość nie jest przeładowana. Nie przemawia do mnie jednak sufit pomalowany na wzór nieba z chmurkami i takie rzeczy jak zastawione ławą drzwi na dziedzińcu. Celem było zapewne wciśnięcie dodatkowego stolika. Chcieli dobrze, ale nie wyszło. Już lepiej było je czymś zasłonić lub nakleić na nich kolejną fototapetę i zdecydować się na mniejszy stolik albo w ogóle go sobie odpuścić.




W menu znajdziemy obok tradycyjnych pizz parę perełek, a w śród nich ta, na która my się zdecydowaliśmy, czyli pizza Tropikalna
z kiwi, ananasem i szynką. Pierwszy raz jadłam kiwi na pizzy
i muszę przyznać, że smakuje doskonale. Dobrze komponuje się
z resztą składników, sosem i ciastem, jest miękkie i rozpływa się
w ustach. Pizza duża nie jest, ale to odpowiedni rozmiar jak na cenę około 20 zł. Nie mogę pominąć wina. Bardzo dobre stołowe białe wino w cenie 10 zł za pokaźna lampkę. Zwykle wina
w restauracjach leja tyle, co kot napłakał i kosztuje majątek. Tu wreszcie starczyło mi na całą kolację. Byłam w szoku.


Podsumowując: lekka, mała kolacja z pokaźną lampka wina
w Sycylii to przepis na bardzo udany wieczór. I koniecznie spróbujcie pizzy z kiwi.
Ogólna ocena 8/10.









niedziela, 8 listopada 2015

ANTLER


Poszukiwań burgera idealnego w Krakowie ciąg dalszy i nawet smog mnie nie powstrzymuje. Padło na Antlera, w który nie tylko burgery serwują.
W karcie znajdziemy kanadyjski przysmak Poutine (grube frytki, sos pieczeniowy, cheddar), który ponoć leczy wszelkie dolegliwości również te związane z kacem. Zamówiłam i się rozczarowałam.
W prawdzie kaca nie
miałam, ale ból głowy prawdopodobnie spowodowany smogiem i kiepskie samopoczucie owszem. Po zjedzeniu niezbyt powalających w smaku frytek z sosem pieczeniowym i serem samopoczucie dodatkowo się pogorszyło, ponieważ danie to było stanowczo za ciężkie dla mnie. Do tego estetyką też nie grzeszyło.


Burgery jak to burgery też pięknie nie wyglądają, ale te w Antlerze nadrabiają smakiem. Zamówiłam burgera z frytkami... w środku! Tego jeszcze nie było. Poza tym, że technicznie ciężko było go ugryźć to był pyszny. No i opiekana bułka, dla której zdecydowanie warto zamówić tam burgera.


Moja przyjaciółka Kasia zdecydowała się na burgera Toronto
z gruszką w occie, jadła go już parę razy i stwierdziła, że za każdym razem smakował inaczej, a ten z poniższego zdjęcia miał jej zdaniem coś nie tak z gruszką. Następnym razem muszę go zamówić, aby ocenić, co z nim jest.


Co do personelu to nie mam zarzutów, panowie są bardzo mili i do tego przystojni. Wystrój jest ok. Minimalistyczny, ale nie za surowy. Ciekawe detale jak dekoracje z nitki na ścianach czy mapa Kanady dodają charakteru. Od razu dostrzegamy motyw przewodni, którym jest wspomniana Kanada: mapa, nazwy burgerów pochodzą od kanadyjskich miast, serwowane są kanadyjskie specjały, to wszystko ładnie ze sobą współgra. Co do cen to są one jak
w standardowej burgerowni w centrum, czyli ponad 20 zł za każdą kanapkę widoczną na zdjęciach.


Podsumowując, jeśli męczy Was duży głód i chcecie zjeść burgera
z frytkami to wybierzcie się do Antlera na 2 w 1. Za to, jeśli męczy Was kac to lepiej zostańcie w domu, bo Poutine ma wątpliwe właściwości zarówno lecznicze jak i smakowe.
Ogólna ocena 6/10.





niedziela, 1 listopada 2015

CUDAWIANKI


Cudów nie ma. A może jednak są? W sumie nawet po wizycie w tej restauracji nie wiem. Na pewno mają tam wianki. Nie tylko na głowach bardzo miłych kelnerek, ale też na ścianach. I bardzo dobrze, bo lubię jak wystrój współgra z nazwą.





Lokal jest duży, przyjemnie i ze smakiem urządzony, a stoły to prawdziwe cuda. Na każdym z nich namalowano inne kwiatki, genialny pomysł, który niewątpliwie dodaje charakteru. Jestem zachwycona tym detalem.




W temacie jedzenia nie jest już tak cudownie. Owszem restauracja oferuje ciekawe połączenia i nietypowe dania, ale w niewielkich rozmiarach i cenach, które cudowne nie są. Polecić mogę kurczaka z groszkiem, sosem śmietanowym, pomidorkami i ryżem. Delikatny w smaku, ale niezbyt sycący.


Do tego herbatka w uroczym czajniczku i z gratisowym ciasteczkiem. Za dwa dania i dwie herbaty zapłaciliśmy około 50 zł.


Podsumowując w Cudawiankach cudów nie ma, wianki i kwiatki za to są. Pytanie czy to wystarczy. Porcje, które serwują na pewno nie wystarczą żeby zaspokoić duży głód, nadają się za to na lekką romantyczną kolacje.
Ogólna ocena 7/10.